Zdarza się, że sięgamy po perfumy zaintrygowani pociągającymi nazwami, poetyckimi opisami i intrygującymi nutami. Pierwsze zetknięcie z zapachem wywołuje zaś ogromną konsternację, gdy to co czujemy dzielą lata świetlne od tego co oczekiwaliśmy. Tak jest z dziełami od marki Francesca Bianchi – pełno tu zaskoczeń, pułapek i zwrotów akcji rodem z Gry o Tron.

Francesca Bianchi – z ziemi włoskiej do… Holandii

Historia tej marki i jej założycielki rozpoczyna się we Florencji, gdzie Francesca studiowała historię sztuki i pierwszy raz zafascynowała się naturalnymi perfumami. W ten sposób zaczęła odkrywać składniki i tajniki tworzenia perfum. Po studiach sporo podróżowała, jednak to w Holandii zdecydowała się założyć swoją pracownię i stworzyć perfumową, niszową markę pod swoim imieniem i nazwiskiem.

Koncept Franceski wydaje się dość prosty – dobrej jakości składniki, długotrwały proces tworzenia z dopracowanym efektem oraz nieco poetycka lecz jednocześnie prosta do zrozumienia idea. Nic szumnego, za to rzemieślnicza perfumeria, której, jak się okazuje, efekty porządnie mnie zaskoczyły  – zwłaszcza porównując doznania olfaktoryczne z nazwami oraz deklarowanymi przez autorkę nutami.

Sex and the Sea

Francesca Bianchi Sex and the Sea

Seks i morze, a jednak w zapachu trudno doszukiwać się zarówno morza jak i seksu. Pod chwytliwą nazwą kryje się intensywny mix owoców (leśnych?). Bardziej kwaskowate niż słodkie, u mnie najbardziej wzbudzają skojarzenie z kisielem. Jednocześnie mają w sobie nieco zadziorności i duszności, przez co lepiej nosi się je wieczorem lub w chłodny dzień.

W bazie Francesca  dała dużo niesłodkiej wanilii oraz drzewno-żywiczne nuty, które przywodzą na myśl zapach nalewki bursztynowej. Wygaszając się, nabiera subtelnej słodyczy, wciąż gdzieś majaczą dodatkowe akcenty m. in. drewna i… benzyny. Pachnie ciekawie i długo, bo ponad 8 godzin. Po nazwie można było spodziewać się czegoś innego, ale zaskoczenie to nie jest negatywne.

Sex and the Sea Neroli

Francesca Bianchi Sex and the Sea Neroli

W teorii to wariacja na temat poprzednika . I tylko w teorii, bo zdaje się być to zupełnie inne pachnidło, które tylko w późnej bazie trochę przypomina Sex and the Sea. Otwarcie jest o wiele bardziej mocarne, przepełnione apteczną, słodką wonią ziół. Czuć tu dużo naturalności i olejków eterycznych, chociaż mam wrażenie, że gdzieś w tym wszystkim uciekło, a może raczej zostało stłumione, tytułowe neroli.

Z czasem dostajemy dość ciężki i mroczny, indolowy akord z dodatkiem  nieśmiertelnika, nut drzewnych i gryczanego miodu. Baza niesie podobny duet przyprawowej, lekko ostrej wanilii i żywic jak  w podstawowym Sex and the Sea, ale z nią dostajemy coś na kształt skóry. Podsumujmy więc – nie sex, nie sea, nie neroli, ale za to robi się coraz ciekawiej.

Etruscan Water

Francesca Bianchi Etruscan Water

Gdzie się podziały te czasy, w których perfumy pachniały męsko? W Etruscan Water znajdziemy majaki dawnych, ultramęskich wód toaletowych. Ten trudny do uchwycenia sznyt, który jest połączeniem mydła do golenia z garniturem przesiąkniętym wonią dawno wypalonego tytoniu i wypitych whisky. W otwarciu wita nas zapach świeżego, czystego lasu sosnowego. Jest wieżo, przestrzennie, co więcej nieco retro. Serce zaskakuje natomiast bardzo oryginalną, świeżo-słodką wonią, przypominającą tajską bazylię. Nietypowy to wtręt, ale o dziwo, nawet tu pasuje.

Im dalej w ten las, tym bardziej nasz nos zbliża się do ściółki. Jest tu mnóstwo szorstkiego mchu dębowego i opadłych dawno temu szyszek. Wciąż jednak zapach jest pogodny i świeży. Maksymalnie wytrawny, nieco wręcz gorzki, ma w sobie jednak mnóstwo klasy i testosteronu.  W przeciwieństwie do wcześniejszej dwójki, to zapach dość prosty, jednak wyjątkowo klimatyczny, trwały i użytkowy. Ze wszystkich poznanych, wydaje mi się też być najbardziej spójny z nazwą.

Under My Skin

 Francesca Bianchi Under My Skin

Pod skórą, na skórze i w nozdrzach. Początkowe minuty to atakujące całe otoczenie połączenie cytrusów i przypraw, głównie cynamonu i pikantnego pieprzu. To ostre preludium do ciepłego, wytrawnego serca przepełnionego metalicznym goździkiem. W miarę upływu godzin nabiera on subtelnej, korzennej słodyczy. Efekt jest czymś między coca-colą, a świeżo rozgniecioną gałką muszkatołową. Ma w sobie jednocześnie coś ostrego i pylistego, co trochę drażni.

Typowo orientalne pachnidło, wypełnione przyprawami, a w bazie dusznymi żywicami i ostrym balsamem tolu. Z szorstkim, ciepłym wydźwiękiem, za to mam wrażenie, że ponownie kompletnie pozbawione tego bogactwa nut z opisów. W otwarciu wyjątkowo mocno zarysowane, z czasem dość ociężałe i zwarte. Nierówne, nosiło się je niezbyt przyjemnie, ale oryginalności odmówić nie mogę.

Angel’s Dust

Francesca Bianchi Angel's Dust

W pierwszych minutach mające w sobie coś podobnego z Sex and the Sea, chociaż bardziej intensywne i słodkie, dodatkowo naznaczone jakimś elementem rozkładu. Ciężko się zdecydować czy przyjemne, czy nie. Rozwija się z tego jednak bardzo urodziwy, kwiatowy bukiet. Czuć tu słodycz nektaru i gęsty, lepki wręcz olejek mimozowy z charakterystycznym, miodowym akcentem. Mnóstwo jest tu naturalnej mimozy, przez co zapach przypomina raczej stare, mimozowe pudrowce, jeszcze zanim ten gatunek został zdominowany przez syntetyczne, słodkie, kremowe i transparentne pudry.

Ponownie jednak i nazwa, a już tym bardziej piórko na etykiecie, są bardzo mylące, bo jest to raczej zapach z gatunku tych ciężkich, esencjonalnych, również dość eleganckich. Wieczorowy, zdaje się może nawet bardziej „przykurzony” niż pudrowy. Na skórze rozwija się ciepło, jest lotny i równie długotrwały co pozostałe. Waga średnia, może nawet średnio-ciężka, na pewno nie piórkowa.

The Dark Side

Francesca Bianchi Dark Side

Znów idziemy w kierunku nieposkromionej natury i ostrych żywic. Szorstkie, świeże zioła z mentolową oraz metaliczną nutą. Przez pierwsze godziny jest raczej świeżo, aptecznie i antycznie niż mrocznie. Mieszanka aromatów zdaje się dość zwarta, można próbować doszukiwać się czegoś na kształt szałwii, anyżu i jałowca. Wszystko to jednak w dużym domyśle.

Z czasem kompozycja idzie w bardziej ciepłe, żywiczne, wciąż jednak zadziorne klimaty, które możemy wyczuć w Under My Skin. Ponownie wyczuwam dużą dawkę pikantnego, przyprawowo-żywicznego balsamu tolu w towarzystwie słodkiego benzoesu. Niemrocznie, za to orientalnie, ciepło i naturalnie. Zdaje się jednak, że Francesca chciała tu przedstawić coś bardziej surowego i naturalnego niż ciemnego.

The Lover’s Tale

Perfumy Francesca Bianchi Lover's Tale

Na deser prawdziwy mocarz. Jeśli to ma być opowieść kochanków, to wyobrażam sobie, że musiałaby to być miłość dusząca, toksyczna, obezwładniająca jak ten zapach. Koncentracja i moc tego zapachu zabija muchy w locie. Słodkie, kwiatowe otwarcie, łączy się tu ze skórą w industrialnym stylu, podbitą raczej czymś na kształt benzyny niż kastoreum. Jest bardzo ciężko, buntowniczo, ale tło zdaje się jednocześnie kremowe i miękkie. Momentami wyczuwam nawet jakiś białokwiatowy element, przypominający chyba najbardziej sztuczną tuberozę.

Mimo obezwładniającej gęstości i mocy, mam wrażenie, że w tym zapachu Francesca zawarła najwięcej balansu. Bez problemu można odnaleźć w tym zapachu wiele wymiarów, warstw. Ciężar jest pozorny, bo zapach jest na tyle gładki i otwarty, że można się nim porządnie zaciągnąć i znaleźć odrobinę kwiatów, a w bazie przyjemnej, wieczorowej słodyczy. Ponownie czuję dysonans między tym co obiecuje nazwa, nuty i koncepcja, a co czuję. Jednak zarówno warsztatowo jak i użytkowo ten zapach wydaje się wyprzedzać pozostałą siódemkę.

Surowe rzemiosło, ostre granice i cień progresu

Francesca Bianchi Perfumes

Zapachy od Francesca Bianchi były jednymi z najtrudniejszych do recenzowania, z jakimi się zetknąłem. To przede wszystkim za sprawą nut i nazw, które okazały się wyjątkowo mylące i nie przystające do tego co czuję. Już po pierwszych dwóch zapachach, wiedziałem że muszę kompletnie zignorować opisy i zaufać mojej pamięci węchowej w celu identyfikacji składników. Druga kwestia to fakt, że warsztat Franceski jest bardzo specyficzny, typowo rzemieślniczy i „nieupiększony”. Nie powtarza ona popularnych, typowo perfumeryjnych akordów – tworzy własne „dziwactwa”, używa dużo naturalnych ingrediencji i to w sporych stężeniach. Stąd na pewno nie każdy będzie fanem tego typu perfum, które w istocie pachną mało “perfumeryjnie”.

Efekt bywa bardzo różny – pomijając to, że prawie każdy zapach jest niespodzianką wymagającą oswojenia, niektóre wydają się mało przyjazne do noszenia, zbyt ostre i przeładowane szorstką, intensywną naturalnością. Przy testach nadgarstkowych dawało to sporo frajdy, nosząc globalnie zadawałem zaś sobie za każdym razem pytanie, czy i gdzie można byłoby tak pachnieć? Wydają się to nazbyt wyraziste i ekscentryczne zapachy, aby można było ich używać w codziennych interakcjach społecznych.

Cieszę się jednak niezmiernie, że miałem okazję przetestować kompletną (do niedawna, bo w ciągu ostatnich dni Franceska zapowiedziała dwie nowości) kolekcję, bowiem mam wrażenie, że gdybym sięgnął po pojedyncze perfumy, mógłbym nie dostrzec kilku rzeczy. Pierwsza to spójność stylistyczna zapachów, które często łączą ze sobą te same akordy, a nawet pojedyncze składniki. Druga zaś, to wizja sporego progresu, jaki poczyniła Francesca od 2016 roku, bowiem nowsze wypusty (The Lover’s Tale, Etruscan Water) zdają się być o wiele bardziej dopracowane, użytkowe i zbalansowane niż te starsze. Je właśnie mogę polecić jako kawałek niebanalnej, specyficznej perfumerii. Pozostałe zaś wydają mi się godną opcją przede wszystkim dla fanów ciekawostek perfumowych.