Nieraz już opisywałem tutaj perfumy Jovoy, zazwyczaj doceniając ich styl i wykonanie. Nie mogłem więc nie zainteresować się najnowszą premierą tego francuskiego domu. Touche Finale zostało zaprezentowane podczas targów Esxence 2019. Ja zaś dostałem rzadką możliwość zrecenzować go jeszcze przed oficjalną, sklepową premierą.

[Impresja]  Zakochany ogród

Touche Finale

Pradawne dzieło sztuki, ogród bez wyjścia i wejścia. Zamknięty z każdej strony, szczelnie, przez gąszcz kwitnącego kwiecia. Z kamiennymi arkadami – pozostałością po dawnych Architektach Ogrodu – śniących poetach. Panuje tu zastój, ogród skąpany jest w żarzącym słońcu. Kwiaty pocą się lepkim nektarem, który ścieka po ich łodygach. W tle słychać jedynie donośną cykadę, a powietrze mieni się od złocistego, czarodziejskiego pyłku.

Kwiaty białe i różowe, okrągłe i puchate, są jak miniaturowe wróżki, które pogrążyły się w tysiącletnim śnie. Posąg kochanków, u których stóp opadły już pierwsze płatki kwiecia. Nieśmiała mimoza, która chowa się, ilekroć kamienne ciała ją potrącają. Dwa twory, złączone w jedność, pod zarumienionym migdałowcem, który oblewa kształtne ramiona i biodra mlecznym, lepkim, słodkim sokiem. Na zawsze zakwitły, na zawsze śpiący, zakochany ogród.

Kwiaty z upojnego snu

Touche Finale

Wąchając Touche Finale od samego początku mamy pewność, że to perfumy wybitnie kwiatowe. Pachnące kwiatami eleganckimi, pastelowymi, mocno pudrowymi. Na początku nieco duszne od wyrazistego, słodkiego ylang-ylang i mimozy. Przełamane delikatnym uderzeniem różowego pieprzu i majaczącej w tle, lekko owocowej róży. Chociaż wydają się te kwiaty świeże, to nie są soczyste. Pachną niczym lepki nektar w parny dzień, który oblepia nam nos.

Z czasem pachnidło robi się jeszcze bardziej słodkie i gęste. Duża dawka heliotropu sprawia, że wydaje się wręcz przytłaczające. Co jednak ciekawe, ten kwiatowy mocarz wcale nie dusi, raczej usypia. Fantazyjna, jaśniejąca woń na subtelnym tle z kremowego sandału i gorzkich migdałów. Baza tli się bardzo długo i wyraźnie, ale jednocześnie zdaje się być gładka, aksamitna, fantazyjna jak ze snu.

Francuski bis

Jovoy Touche Finale

Już na wstępie przyznam, że Touche Finale to nie jest styl, za który pokochałem Jovoy. Zapach nie ma w sobie już nic z dawnego, bezkompromisowego, wieczorowego sznytu. Marka zresztą już od kilku ostatnich premier pokazuje, że zmieniła kierunek. Tym razem założyła sobie, że stworzy do kolekcji wyraźnie kwiatową, pudrową, mocno kobiecą i klasyczną kompozycję. Warto dodać, że wtórną (czego Jovoy jest świadome), przyznać muszę jednak, że na swój sposób piękną i rasową.

Inspiracją było Poudre tej marki sprzed 12 lat i Touche Finale rzeczywiście z niego, jak i innych, klasycznych “pudrowców” pokroju Kenzo Flower, czerpie bardzo dosłownie. Zostało nadbudowane o dodatkowe akcenty, nie jest może aż tak duszące i ociężałe, ale wciąż to ten sam styl – obezwładniająca mimoza, mnóstwo pudru i kremowa, słodka, migdałowa baza. To wszystko zaś przy bardzo przyzwoitych parametrach użytkowych, bo zapach był wyczuwalny na skórze nawet po 12 godzinach, jednak projekcja praktycznie od początku jest umiarkowana.

Touche Finale Jovoy

Życzyłbym sobie innej premiery, ale chcąc zachować obiektywizm, w całej tej swojej banalności Touche Finale jest wykonane bardzo umiejętnie. Nie jest przeładowane, ale też nie banalnie proste. Przez większość czasu czuć balans i złożoność, zapach rozwija się powoli, ale wyraźnie. Ma w sobie pewien francuski sznyt – tę nienachalną, wręcz wrodzoną elegancję, która nie rzuca się w oczy, jednak jest cały czas obecna. Nic przełomowego, owszem, lecz klasa sama w sobie. W tym przypadku jednak to klasa zdecydowanie dla miłośniczek dosłownie kwiatowych i pudrowych perfum, dokładnie takich stereotypowych, jakie sobie wyobrażamy myśląc o tym gatunku.


Źródła:

  • Zdjęcie 1 – magdalenesgarden.com
  • Zdjęcie 2 – www.growingproduce.com/nuts/how-to-determine-optimal-almond-tree-spacing
  • Zdjęcie 3, 4 – TheEleganceof.pl