Róża to kwiat o wyjątkowym zapachu, jeden z najpopularniejszych składników perfumiarstwa od setek lat. To kwiat kojarzący się ze zmysłowością, elegancją i kobiecym pięknem. Jednak Le Mat jest różą zupełnie inną. Przypomina średniowieczną balladę o ascezie, rycerskich ideałach i mrokach tej epoki. Różą na wskroś mistyczną i minimalistyczną. Mroczną i suchą, jakby ktoś włożył ją między strony opasłego tomiszcza i pogrzebał tam na wieki.

[Impresja] Rycerski poemat….

Wczorajsza róża istnieje tylko z imienia, imiona tylko puste pozostały

Dante Alighieri

Nadchodziła zima. Gdy Lord Byron stanął w przyklasztornym ogrodzie, promienie wschodzącego słońca odbijały się w oszroniałych krzewach. Białe obłoki, które unosiły się wokół jego ust przy każdym oddechu, osiadały w postaci szronu na długim zaroście. Lord Byron uklęknął przed kamienną figurą Matki Boskiej, a jego jasna tunika, skąpała się w jesiennym błocie.

Modlitwę przerwały donośne dzwony zwiastujące poranną mszę. Mnisi zbierali się by oddać cześć Panu, który ofiarował im nowy dzień. Wtem intensywny podmuch wiatru zerwał zwiędłe, pomarszczone, ciemnoczerwone płatki kwiatów, które otoczyły sylwetkę Sir Byrona. Otoczyła go słodko-ostra woń różanego kwiecia. Woń gęsta i prosta. Przypomniał sobie ten sam ogród przed latem – zielony i świetlisty. Wtedy przesiadywał tam jeszcze z żoną i synem. Teraz ich już nie było. Pan wezwał ich do siebie, a Lord Byron został sam, wstawiając się ślubami za ich zbawienie. W tej chwili przeszył go chłód, tak jakby natura ponaglała go by nie spóźnił się na nabożeństwo.

Wracając, zerwał jeden z jeszcze ocalałych kwiatów i schował go pod szaty. Czyniąc to, ukłuł się w dłoń brązowym kolcem, a czerwona strużka krwi pociekła po jego tunice. Uczuł jej ciepło, które zmieszało się z gęstą wonią dymu, dobywającą się z przyklasztornego paleniska. Bracia już szykowali posiłek – ostatni tak ciepły i sycący dla Wędrowca, którego czekała wielomiesięczna pielgrzymka do Ziemi Świętej.

 

… o Róży, która umarła…

Le Mat posiada specyficzną właściwość – od pierwszych minut odkrywa swoje główne karty. Rozwija się ten zapach bardzo skąpo, powiedziałbym nawet że w ogóle gdyby nie to, że róża, która od początku do końca gra główną rolę, z godziny na godzinę zdaje się powoli przemijać. Zmienia swe oblicze z dość soczystego, świeżego kwiatu w coś co przypomina różany susz, a może nawet pył, który pozostał po latach powolnego i niezmąconego rozkładu. Ciężko nie nazwać tego ewolucją, chociaż warto podkreślić, że w przypadku Le Mat to nie tyle ewolucja polegająca na odkrywaniu nowych nut, lecz raczej kolejnych wcieleń, jednej i tej samej nuty – autentycznego, prostego olejku różanego.

Pod tym względem pachnidło Mendittorosy idealnie wpisuje się w średniowieczną kulturę, niejako przekładając na świat zapachu słynny motyw danse macabre. Od róży, która żyła i kwitła, po różę, do której pasuje już tylko tło w postaci czaszek i klepsydry. Ale jak właściwie pachnie ta metafora życia i śmierci?

Na początku Le Mat jest dość soczysty. Woń jest minimalistyczna, ale pachnie świeżo. Ma w sobie akcenty zielone, zaryzykowałbym nawet że nieco wodne, biorąc pod uwagę charakterystyczną, morską „słoność”. Przede wszystkim jednak kojarzy się z zapachem dobrej jakości wody różanej, czy też najzwyklejszym, olejkiem różanym. Ale to trwa tylko kilka minut.

Z czasem ten różany akord Le Mat robi się na pozór zwiędły. Suchy i bardziej mroczny. W sposób niedosłowny, schodzi w kierunku orientalnym. Goździk tworzy wokół tej róży efekt, jakby była nieco przydymiona, a może raczej przykurzona. Zdaje się tracić intensywne kolory, ciemnieć. Orient ten jest niedosłowny w tym znaczeniu, że zapach nie jest ani wibrujący, ani ciepły. Wręcz przeciwnie zdaje się mroczny i zastygły. Jak klepsydra, w której przesypał się cały piasek. Symbol minionego życia.

Im dłużej czekamy, tym ta róża robi się bardziej popielista. Właściwie to gdyby w taki sposób zapach się rozpoczynał, ciężko byłoby wpaść na skojarzenie z różą. Ten zapach jest już bardziej drzewno– przyprawowy. Zdominowany wręcz przesadną dawką kocanki. Przysadzisty, słono-słodki, dość duszny. Powiedziałbym, że nawet nieco kadzidlany, chociaż to z pewnością nie kadzidło kościelne – raczej przypominające palone potpourri. I właśnie tak dogasa to pachnidło – niczym ogień piekielny, który w proch obraca pierwszoplanową różę.

 

 … ale pozostała w pamięci.

Niewątpliwą zaletą Le Mat jest jego oryginalność. Chociaż temat róży w perfumach jest eksploatowany do lat, ciężko mi sobie przypomnieć choćby trochę podobne perfumy. Dodatkowo, jest to róża, która nie kojarzy się kobieco. Mężczyznom, którzy nie wyobrażają sobie pachnieć tym kwiatem, mogę Le Mat polecić. Jest duża szansa, że zmienią zdanie.

Nie oznacza to oczywiście, że Le Mat jest zapachem na wskroś męskim. Przez ten różany minimalizm, zdaje się być to idealny uniseks, chociaż dla osób lubiących charakterystyczne, nieszczególnie sympatyczne zapachy. Bo o ile można o tych perfumach powiedzieć, że są szalenie ciekawe, to z pewnością nie kojarzą się z przyjemnościami. Nie mają w sobie praktycznie w ogóle słodyczy, są dość ostro zarysowane i suche. Nie łatwo będzie je nosić osobom, które nie mają doświadczenia z bardziej „nietypowymi” pachnidłami.

Z powyższego względu, trudno może być też znaleźć zastosowanie dla Le Mat. Z jednej strony, to idealny materiał na signature scent, ale prawdę mówiąc, nosiłem go już w najróżniejszych sytuacjach (dzień, wieczór, praca, weekend, teatr, spacer) i do żadnej z tych sytuacji mi nie pasował. Ta prosta, powiedziałbym, że wręcz mistyczna woń ma w sobie coś, co gryzie mi się z rzeczywistością. Ostatecznie, chyba najlepiej Le Mat pasował mi do Halloween. Nie dlatego, że pachnie strasznie czy odrzucająco. Raczej dlatego, że to woń tajemnicza, zwracająca uwagę, zapadająca w pamięć.

W obliczu takiego charakteru, warto pochwalić użytkowe parametry Le Mat. Projekcja jak i trwałość są praktycznie perfekcyjnie zbalansowane. Perfumy rozwijają się powoli, utrzymują się na odległość kilkudziesięciu centymetrów od ciała, ale nie są ekspansywne. Raczej tworzą subtelną, utrzymującą się długie godziny aurę wokół noszącego. O ile nie stajemy z kimś ramię w ramię, nie powinniśmy nikomu uprzykrzać życia zbyt intensywną wonią.

Chociaż fanem tego pachnidła nie zostanę, to sporą przyjemność dostarczyły mi jego testy. Sam efekt i skojarzenia, jakie Le Mat we mnie wywołał, sprawiają że z pewnością zapadnie mi w pamięci. I chociaż wydaje mi się, że ten zapach dostarcza najlepszych wrażeń, kiedy można nad nim spokojnie kontemplować w domowym zaciszu, to na pewno da się wyjść w nim do ludzi.


Bibliografia:

  • Slider – moodscentbar.com/pl/glowna/475-le-mat.html
  • Zdjęcie 1 – allevents.in/egham/staff-talk-series-mon-14th-may-dr-alastair-bennett-and-dr-cath-nall/1000045891166715
  • Zdjęcie 2 – ilpalazzodisichelgaita.wordpress.com/2012/07/07/il-belpaese-dei-preraffaelliti/
  • Zdjęcie 3 – pl.pinterest.com/pin/454511787391080540/
  • Zdjęcie 4 – http://images-free.net/content/old-book-red-roses.html
  • Zdjęcie 5 – art.biblioclub.ru/picture_121395_vanitas/
  • Zdjęcie 6 (tytułowe) – www.fragrantica.ru/perfume/Talismans-Collezione-Preziosa/Le-Mat-25138.html