Będąc dziećmi wyobrażaliśmy sobie odrażających, morskich łotrów plądrujących góry złota. Pavillon Rouge łamie ten schemat, odsłaniając przed nami prawdziwą, wonną ładownię pirackiego statku. Wypełnioną egzotyczną kontrabandą, z której sprzedaży można wieść życie arystokraty i dandysa. Bo właśnie do takiego pirata pasuje najnowsze pachnidło od Jovoy – pirata-gentlemana, eleganta i bogacza dorobionego na łupach z Nowego Świata.

 

[Impresja] Abordaż jak „szóstka w lotto”

Gdy flota małych slupów otoczyła tuż przed zachodem słońca hiszpański galeon kupiecki, wszyscy liczyli na pertraktacje. Jednak pewny siebie kapitan nie myślał o rozmowach. Zamiast tego wolał zrobić użytek z nielicznej, wojskowej eskorty, którą miał na pokładzie.

Sprawa została przesądzona – bukanierzy wciągnęli na maszty swój niesławny jolie rouge. Sygnał był jasny: pokład Hiszpanów jeszcze dziś skąpa się w ich własnej krwi! Kapitan Morgan dał sygnał do abordażu, i w ciągu kilku minut cztery małe jednostki zrównały się z galeonem. Przez następną godzinę dało się słyszeć wrzawę, wystrzały i chrzęst metalu, a w pomarańczowych promieniach zachodzącego słońca błyszczały obłoki jasnego, gorzkiego dymu.

Po zmroku Henry Morgan wszedł pod pokład zdobycznej jednostki, nie mogąc się nadziwić swojemu szczęściu. Oba pokłady były wypełnione po brzegi najcenniejszymi towarami. W skrzyniach znajdowały się tony przedniej klasy tytoniu aromatyzowanego przyprawami i wanilią. Kwatermistrz naliczył ponad 200 beczek najlepszego, ciemnego rumu z Hispanioli. Na rufie znaleźli jeszcze więcej skrzyń. Były tam laski wanilii, która zapewne przypłynęła na archipelag aż z Madagaskaru. Prócz tego kolejne dziesiątki ton suszonych owoców i bakalii. Dolny pokład wypełniały heban i mahoń – najcenniejsze drewno, na jakie mógł się natknąć. Kapitan Morgan wiedział, że dzisiejszego wieczoru ostatni raz skalał się mordem uczciwych ludzi.

Cztery lata później Sir Morgan wrócił na Archipelag. Wystrojony w przedni kubrak, z nienagannym makijażem i peruką, pachnący i świeży, jak przystało na gubernatora. Wyglądem ani manierami nie ustępował wszystkim tym arystokratom, którzy urodzili się bogaci i nigdy nie mieli okazji przekonać się, jak pachnie zmieszana woń krwi i bogactwa.

 

Przegląd łupów

 

Co więc znajdziemy w ładowni Pavillon Rouge? Na początku przede wszystkim mnóstwo rozgrzewającej, subtelnie alkoholowej i słodkawej woni bursztynowego rumu. Wolno ulatniającego się z drewnianych beczek aromatu, który zdaje się łączyć z mieszanką owocowego suszu (głównie śliwka i jabłko) oraz bakalii. Delikatnie gryzących, pylistych i ostrych, tak jakby zostały uprażone z odrobiną cynamonu oraz pieprzu kajeńskiego. Woń jest bardzo ciepła i egzotyczna, a jednocześnie ociężała i elegancka – wręcz salonowa. Ten alkoholowy aromat to z pewnością nie byle grog, lecz pierwszej klasy, doprawiany i leżakowany rum o złocistej barwie i bogatym aromacie.

Im bardziej schodzimy pod pokład, tym opary robią się coraz gęstsze. W wypełnionej ładowni jest coraz ciaśniej i cieplej. Czujemy wyraźnie tytoniową nutę, ale nie jest to czysty tytoń. Zdaje się to być tytoń fajkowy, aromatyzowany ostrą wanilią. Kompletnie dominuje sercowy akord, tak że obiecane przez producenta herbata, kawa, a nawet skóra, są praktycznie niewyczuwalne. Choć ta ostatnia zdaje się tworzyć subtelne tło, to kompletnie gryzie mi się z kremową, gęstą wonią, która miejscami wręcz przypomina mi paloną trzcinę cukrową. Aromat jest bardzo podobny, równie słodki i gęsty.

Serce przechodzi w bazę tak powoli i długo, że zdają się one splatać w jedną całość – ewoluującą powoli i subtelnie. Z czasem robi się bardziej mroczna, typowo wieczorowa. Nad tytoniem stopniowo zaczyna dominować wanilia, która ma jednak profil maślany, gładki i słodki. Wydaje mi się to ten sam waniliowy akord co w ostatnim Remember Me tej marki, ale ze względu na całą otoczkę, pachnie tutaj nieco bardziej orientalnie. Jest to bardzo ciepła, kremowa i wibrująca wanilia.

W połączeniu z gęstym balsamicznym benzoesem, efekt przypomina dno jakiegoś egzotycznego, dawno opróżnionego kuferka, w którego deski wgryzł się aromat przez lata przechowywanych przypraw i słodkawej, tytoniowej melasy. Na szczęście słodycz ta jest zrównoważona i z czasem wcale nie robi się mdła. Pavillon Rouge do końca pozostaje ciepłą, egzotyczną, dość zwartą mieszanką najlepszej klasy towarów, za które w złotym wieku piractwa można byłoby pewnie odkupić sobie winy i osiąść z niemałym majątkiem w jakiejś karaibskiej kolonii.

 

Powrót do przeszłości

Gdy usłyszałem, że stworzenie Pavillon Rouge zostało powierzone dość mało doświadczonej Marie Schnirer, miałem niemałe obawy. Tym bardziej w obliczu tego, że ostatnie premiery marki zdawały się zmieniać kierunek, do którego nas przyzwyczajono. Stare wypusty Jovoy wyróżniała bezkompromisowość zapachów, świetna jakość oraz ciekawy rozwój. Trzy ostatnie premiery w mojej ocenie tę bezkompromisowość powoli traciły. A ostatnie Remember Me było już bardzo przystępnym i „dyplomatycznym” zapachem.

Pavillon Rouge zdaje się powoli odwracać ten trend i wracać do starego, dobrego stylu marki. Nie jest to jeszcze ten sam poziom, co przed pięcioma laty. W końcu jednak dostaliśmy znowu coś ciężkiego, wyrazistego, salonowego. Może ten zapach nie wzbudzi skrajnych opinii, ale na pewno oferuje znacznie intensywniejsze wrażenia, niż przeciętne, marketowe perfumy. Dostaliśmy solidną dawkę przypraw, tytoniu i rumu, które są tylko trochę utemperowane waniliową słodyczą. Swoim charakterem kompozycja wydaje mi się dość bliska do Les Jeux sont Faits tej marki. Nie jest to oczywiście autoplagiat, a jedynie gatunkowe podobieństwo. Jeśli dla kogoś Les Jeux było zbyt szorstkie i wytrawne, to w najnowszym dziele Jovoy powinien znaleźć dobrą alternatywę. I dla obu widziałbym podobne zastosowanie – raczej formalne, wieczorne wyjście chłodniejszą porą roku.

Pavillon Rouge cechuje świetny balans i spójność akordów. Od otwarcia do bazy mamy poczucie, że wąchamy tę samą „historię”. Przez pierwsze 3-4 godziny trochę bardziej dynamiczną i wyraźniej projektującą, później spowalniającą i snującą się blisko skóry do ok. 10-11 godzin od aplikacji. Przez większość czasu dość ociężałą, ale jednocześnie oryginalną. Tytoń z wanilią, to temat bardzo popularny w perfumach, a mimo to bohater recenzji nie przypomina mi wprost innej tego typu kompozycji. Zachowanie oryginalności przy tak wyeksploatowanym temacie zapisałbym jako spory plus dla samej marki jak i pani perfumiarz. Pavillon Rouge pachnie w dawnym, sygnaturowym stylu tej francuskiej marki. Zachowuje wyrazistość, ale nie jest krzykliwe. To słodki, orientalny, ciepły i użytkowy zapach, który prezentuje kawał porządnego, perfumeryjnego rzemiosła


Bibliografia:

  • Slider – www.1000museums.com/art_works/j-l-kraemer-pirate-smoking-a-pipe-on-a-ship?app_id=j-l-kraemer&from=artists
  • Zdjęcie tytułowe – www.jovoyparis.com/en/woody/3250-pavillon-rouge.html
  • Zdjęcie 1 – totalwar-ar.wikia.com/wiki/Henry_Morgan
  • Zdjęcie 2 – pl.pinterest.com/pin/279926933062221301/?lp=true
  • Zdjęcie 3 – 705eliquids.com/product/vanilla-tobacco/
  • Zdjęcie 4 – blog.missala.pl/recenzje/pavillon-rouge-pod-czerwona-bandera/
  • Zdjęcie 5 – www.jovoyparis.com