Lubicie jesienne spacery? Kiedy robi się chłodniej, a korony drzew i trawniki pokrywają pomarańczowe i brązowe liście. Niebo przysłania się siwymi chmurami, od czasu do czasu zraszając nas deszczem. Pogodę taką warto uzupełnić niezobowiązującym, klasycznym pachnidłem. Mi w takich chwilach często towarzyszy Grey Flannel od Geoffery Beene.

 

Geoffrey Beene – nowojorski projektant mody, który pod swoim nazwiskiem wydał Grey Flannel.

Nowojorski projektant,  Geoffrey Benee wydał pod swoim nazwiskiem perfumy, które obecnie zazwyczaj kocha się lub nienawidzi. Klasyczne w formie,  bardzo wyraziste, takie, w których czuć klimat lat 70. Taka skrajność osądów wskazuje, że być może Grey Flannel nie nadążyły za duchem czasu. Nie były wyraźnie modyfikowane pod zmieniające się gusta. Opierając się modzie, zachowały dawny styl projektanta. Styl swobodny, codzienny, ale jednocześnie mający w sobie sporo dynamiki.

 

 [Impresja] Spacer po Central Parku

 

Wstaję z łóżka i uchylam okno by wpuścić trochę świeżego powietrza. Ranek jest chłodny. Wyglądam na zewnątrz i widzę na wpół ogołocone korony drzew i ziemię spowitą brązowymi liśćmi. Jem śniadanie słuchając radia, potem zażywam toalety. Golę się, układam starannie włosy i zlewam szyję wodą o świeżym, zielonym zapachu. Zakładam maklerkę i szary, flanelowy garnitur, zabieram parasol po czym wychodzę. Do otwarcia biura mam jeszcze dwie godziny, nadkładam więc drogę by przejść przez Central Park.

Mijając każdą przecznicę, czuję jak wiatr szalejący między wysokimi budynkami owija się wokół mnie, a do moich nozdrzy dociera lekka, słodka  woń kwiatów.  Nie jestem pewien, czy to woń moich perfum, czy zapach dobiegający z kwiaciarni, którą mijam. Kiedy wchodzę do parku zaczyna już kropić. Szybkim krokiem przechodzę między alejkami. Woda chlupie mi pod nogami, a na głowę co jakiś czas opadają wilgotne liście. Oplata mnie woń mokrych drzew, ich zmurszałej kory. Miesza się ze słodyczą na mojej szyi. „Central Park o każdej porze roku pachnie inaczej” – myślę sobie i ostatni raz lustruję złociste konary drzew, zanim z powrotem zagłębię się w betonowej dżungli.

 

Przerysowana natura

 

Od razu po aplikacji można dojść do wniosku, że Grey Flannel wybija się na tle współczesnych pachnideł. Przede wszystkim swoją specyficzną zielonością trudną do uosobienia z konkretną rośliną. Uwypukloną, niemalże nienaturalną, soczystą i wibrującą. Mogę się domyślać, że osiągniętą za sprawą solidnej dawki alkoholi, które spotęgowały wrażenie. Efekt zdaje się wręcz mokry i przez to może kojarzy się nieco z deszczem, wilgotną glebą i roślinnością. Pomimo tak fantazyjnego efektu, jestem pełen szacunku dla perfumiarza, który zachował na tyle umiaru, że zapach nie kojarzy się z syntetyką (chociaż nie mam wątpliwości, że tylko syntetycznymi molekułami dało się taki efekt uzyskać).

 

Kompozycja z czasem zdaje się nie tyle przechodzić do następnych akordów, co być uzupełniana o kolejne składniki. Wonie zaczynają nakładać się na siebie. Zieloność z otwarcia, która jeszcze chwilę temu była w centrum uwagi, teraz zdaje się tworzyć tło dla równie przerysowanego i uwypuklonego, słodkiego fiołka. Fiołka z refleksami zielonymi i geraniolowymi, dopełnionego drobną dawką aldehydów, które tworzą nieco mydlany efekt. Dla wielu osób taki retro-fiołek będzie nie do przejścia i sam muszę przyznać, że wymaga odwagi oraz obycia z klasycznymi zapachami. Tym bardziej, że to właśnie fiołkowy akord jest najwyraźniej i najdłużej wyczuwalny.

Przy tym wszystkim co dzieje się w pierwszych godzinach, baza Grey Flannel zdaje się już kompletnie nie wybijać. Jest spokojna, bardziej gładka. Łączy mszystą zieloność z neutralnymi akcentami drzewnymiMa w sobie coś z mokrej, leśnej ściółki, ale efekt ten nie jest dosłowny. Z pewnością jest subtelna i dająca noszącemu nieco wytchnienia. Osiada bliżej skóry, ale do końca zachowuje zieloną lekkość.

 

Zapach codzienności

 

Geoffrey Beene projektował odzież praktyczną. Jakościową, ale stworzoną by służyć ludzkiej codzienności. Coś z tego zawarł Andre Fromentin  w Grey Flannel – perfumach pachnących nieco staroświecko, ale sprawdzających się w codziennych sytuacjach. Nie są one przesycone wieczorową elegancją i przeładowane składnikami. Mają w sobie coś z minionych lat, przez co zyskają sympatię raczej fanów zapachów vintage (w stylu Penhaligon’s czy Floris) i raczej właśnie tej grupie będę Grey Flannel polecał. Prezentują prosty, wyrazisty i dynamiczny rozwój, który mi bardzo pasuje do równie dynamicznej, jesiennej lub wczesnowiosennej pogody. Efekt przerysowanej natury sprawia, że świetnie zachowują się w deszczu i wietrze. I nawet przy tak niesprzyjającej pogodzie, całkiem nieźle projektują przez ponad pół dnia. Zdają się pasować do takiej szaroburej codzienności. Jak zapach jakiejś bliżej nierozpoznawalnej wody toaletowej dla mężczyzny z klasy średniej. Podobno zresztą w takim celu zostały stworzone – i ich woń, mimo upływu czasu, wciąż to dobrze odzwierciedla. Codzienna klasyka na sezon przejściowy – to właśnie prezentuje Szara Flanela.


Bibliografia:

  • Slider –
  • Zdjęcie tytułowe – www.dambiro.de/Geoffrey-Beene-Grey-Flannel-Eau-de-Toilette-for-men-60ml
  • Zdjęcie 1 – www.gettyimages.com/detail/news-photo/fashion-designer-geoffrey-beene-wearing-dark-framed-glasses-news-photo/501838368
  • Zdjęcie 2 – www.pinterest.co.uk/pin/496029346435077852/?lp=true
  • Zdjęcie 3 – www.videoblocks.com/video/green-lush-leaves-nature-in-tropical-rain-rainy-season-bkfwzvgrviqm8do3m
  • Zdjęcie 4 – pl.pinterest.com/pin/542402348846833530/?lp=true
  • Zdjęcie 5 – www.basenotes.net/ID26120728.html