Niewiele w świecie perfum jest składników tak plastycznych jak wanilia. Da się ją podać na dziesiątki sposobów, a w zależności co jej towarzyszy, mamy wrażenie, jakbyśmy wąchali coś zupełnie nowego, chociaż dziwnie znajomego. Te właściwości wykorzystała francuska perfumiarz, Sylvaine Delacourte, tworząc La Collection Vanille. Pięć różnorodnych zapachów i tylko jeden wspólny mianownik – wanilia. Co z tego wyszło?

 

Wokół jednej nutki…

 

Delacourte
Sylvaine Delacourte – w przeszłości perfumiarz domu Guerlain, obecnie tworząca własną, niezależną markę.

Sylvaine Delacourte zdobyła sławę jako perfumiarz koncernowy. Przez wiele lat związana ze słynnym, francuskim domem Guerlain (m. in. jako dyrektor kreatywny marki), miała okazję rozwinąć swój warsztat i opracować własny styl. Od 2016 roku wykorzystuje go w kreowaniu własnej, niezależnej marki sygnowanej swoim nazwiskiem. Zdecydowała się przy tym na dość ciekawą formułę, ponieważ wydaje swoje perfumy w kolekcjach tematycznych, osnutych wokół jednej, przewodniej nuty.

Dwa lata temu zaprezentowała premierową La Collection Muscs, poświęconą białemu piżmu. Nie jestem wielkim fanem białego piżma, ale postanowiłem ją wtedy przetestować. Nie zawiodłem się, bo chociaż zapachy nie były zupełnie w moim typie, zaciekawiła mnie różnorodność tamtych pachnideł, a jednocześnie pewien wspólny pierwiastek, który nie tyle polegał na białym piżmie, ile na wyraźnym i oryginalnym stylu Sylvaine Delacourte. Stylu łączącym francuski szyk z pewną dozą niewinności i świetlistości.

 

Waniliowe opowieści

Ucieszyłem się, gdy na targach Esxence 2018 Sylvaine zaprezentowała nową La Collection Vanille. Tym bardziej, że jej głównym bohaterem okazał się składnik, który o wiele bardziej lubię (i który uważam również za bardziej wymagający). Wanilię poznałem już w wielu odsłonach, a mimo to wciąż potrafi mnie zaskakiwać. Drugim, dobrym prognostykiem był fakt, że tym razem przy tworzeniu kolekcji Sylvaine połączyła siły z innymi, znakomitymi nosami: Randa Hammamim, Maurice Roucelem i Irène Fadachidi.

Do swojej waniliowej kolekcji, Sylvaine zdecydowała się wykorzystać naturalny absolut waniliowy z Madagaskaru. Wyjątkowo ceniony za swój głęboki, wieloaspektowy zapach. Zaś założenie kolekcji było takie, aby każdy zapach prezentował nieco inny styl (grupę zapachową). Poza wspólną dla całej kolekcji nutą wanilii, pachnidła mają zróżnicowane akordy i, jak twierdzi producent, są w większości zbudowane na naturalnych składnikach. Tyle z założeń i obietnic francuskiej Pani-perfumiarz, a jak wyszło w rzeczywistości? Poniżej opisuję pokrótce wrażenia z testów waniliowej kolekcji.

 

Walkyrie

 

Otwiera się kaskadą subtelnych, lekko jogurtowych cytrusów na delikatnie słodkim tle. W pierwszej chwili kojarzy się nieco gourmandowo, ale za to nie jest przesłodzona. Wanilia przed długi czas trzyma się w tle, by ujawnić się w orientalnej, sandałowej bazie z akcentami balsamicznymi i przyprawowymi. Kompozycja zdaje się z początku prosta i bardziej złożona bliżej bazy. Z początku prezentuje się niewinnie, ale z czasem nabiera subtelnej zmysłowości i ciepłej, kremowej głębi. Lekko słonawej, jakby ambrowej. Z całej piątki to właśnie Walkyrie się dla mnie wybija swoją charakternością i stylem. Da się wyczuć wpływ Maurice Roucela, który współpracował z Sylvaine przy tym zapachu.

 

Vahina

O wiele bardziej stonowana, powoli rozwija się zielonym, słodkim neroli. Z czasem dominują ją głóg z akcentami fiołkowymi. Zgodnie z zapewnieniami producenta, wybrzmiewa kwiatowo. Elegancka, powściągliwa i wieczorowa. Niestety zdaje mi się nieco przerysowana, kojarzy się syntetycznie, nieco jak kompozycje zapachowe dodawane do kosmetyków. Im bliżej bazy, tym Vahina jest bardziej mdła i nijaka. Chociaż w pierwszych chwilach potrafi urzec, przez większość czasu nie oferuje nic konkretnego i ciekawego.

 

Vanori

 

Vanori wita nas lekką niczym obłok słodyczką białych kwiatów. Jest pogodne, wyraziste i puszyste. Od pierwszych chwil ma w sobie migdałową nutę, czającą się w tle pod owocowo-kremowym aromatem plumerii. W sercu przełamana subtelnym pieprzem, który dodał ciepła i orientalnego wyrazu. Bardzo sympatyczne i odprężające perfumy, w których wanilia jest wyczuwalna dopiero w ostatniej fazie, gdzie towarzyszy jej delikatny sandałowiec. Idealna kompozycja na słoneczną kąpiel przy lekkim wietrzyku.

 

Vangelis

 

Rozpoczyna świeża, subtelnie cytrusowa zieloność, nieco szorstka i intensywna. Świetnie wprowadza do ciepłego, przyprawowego serca stojącego goździkiem. Vangelis robi się wyraźnie orientalne, miejscami wręcz minimalnie dymne. I wanilia jest tu podana w sposób bardziej przyprawowy. Nie jest słodka, nie wybrzmiewa gourmandowo. Zdaje się ciepła i nieco „przykurzona”. Ciągnie się spokojnie blisko skóry. Całość pachnie nieco dziko i tajemniczo, jak jakiś niezbadany, dziewiczy ląd.

 

Virgile

 

Najświeższa, najbardziej orzeźwiająca część waniliowej kolekcji. Z wyrazistą, kwaśną kaskadą cytrusów (przede wszystkim bardzo dosłowna mandarynka) i równie kwaskowatego geranium. Urzekająca szałwia muszkatołowa tworzy świetny pomost między akordem górnym i środkowym. W rezultacie początkowa cytrusowość Vergile wydłuża się i bardzo powoli przechodzi do lekko ziołowej zieloności. Zupełnie nieszorstkiej i pozbawionej aptecznego wyrazu. Jak jakiś chłodzący, ziołowo-owocowy napar kojący w upale. Aż nasuwa się pytanie, gdzie ta wanilia? Rzeczywiście, w  Virigle jest ona chyba najmniej oczywista, pojawia się późno i jest dokładnie wmieszana w bazę.

 

 

Dla każdego coś miłego

Jak widzicie, każdy z zapachów La Collection Vanille prezentuje coś zupełnie innego. Taki przekrój oczywiście ma sporo zalet, bo łatwiej będzie nam dobrać perfumy w zależności od gustu i okazji. Vahina i Valkyrie sprawdzą się na wieczór, zaś Virgile i Vanori raczej w dzień. Miłośnicy lżejszych i bardziej naturalnych woni powinni polubić się z Vangelis i Virgile, zaś preferujący cięższe, słodsze wonie, mogą skierować uwagę na Vanori i Walkyrię.

Delacourte

W obliczu poznania tej kolekcji, poprzednia wydaje mi się teraz o wiele bardziej spójna. Tym razem dostaliśmy szeroki przekrój woni i mniej jednolitą ewolucję akordów. Dostrzegam jednak jeden minus takiego obrotu spraw. W tak różnorodnej kolekcji niestety ten charakterystyczny styl Sylvaine zrzedł gdzieś na dalszy plan. Nie wnikam, czy to efekt kooperacji z innymi sławami perfumowego świata, czy chęć uczynienia kolekcji bardziej uniwersalną. Warto jednak odnotować, że obecną kolekcję od poprzedniej sporo pod tym względem różni.

 

Co zaś z głównym bohaterem? Przyznam, że dostałem w waniliowej kolekcji mniej wanilii niż się spodziewałem. Żadne z pachnideł nie ma bazy przeładowanej i ociężałej od słodkiej wanilii. Ten składnik raczej stanowi subtelne tło dla innych składników. W większości kompozycji da się ją wyczuć, ale jest tak sprawnie wkomponowana, że ciężko o tych pachnidłach powiedzieć: „tak, to są waniliowe perfumy”. W tym przypadku z pewnością nie ma się co obawiać, że dostaniemy monolit, który oferuje wanilię i tylko wanilię. Dzieła Sylvaine oferują znacznie więcej i wzbudzają znacznie więcej emocji i skojarzeń. Wanilia jest tu tylko punktem zaczepienia, pomostem między różnymi nutami, a nawet całymi grupami zapachowymi. I chociaż ciężko mi powiedzieć, że La Collection Vanille mocno się czymś wybija i zdobywa moje uznanie, na pewno mogę powiedzieć, że to kolekcja ciekawa i wprowadzająca do dorobku Sylvaine Delacourte powiew świeżości.


Bibliografia:

  • Slider – www.delacourte.com
  • Zdjęcie 1 – www.bleauog.com/tag/sylvaine-delacourte/
  • Zdjęcia 2 do 7 – www.delacourte.com