Wpis gościnny autorstwa Macieja Dojnika.

w błyskotnie ulotnej
jakbym feu rzekł follet
chwili piórnej kokotnej
psotnej jak
azalées pachnącej
się zeszklił
jej
głos
włos
a w jej włosach czyjś
nos

Istnieje być może szeroki katalog aromatów, którymi chciałby okadzać swój areał osobisty zdrowy, rumiany, przywiązany do buńczucznej męskości mężczyzna – katalog pozostawiający wirtuozom rzemiosła perfumeryjnego wciąż zupełnie rozległe pole do popisu, nawet jeśli wykreślić z niego akordy zapachowe równie oczywiste co pot zmordowanego gonitwą Noniusa, dym setek haubic i wyziewy kieliszka kilkudziesięcioprocentowego mniej lub bardziej etylowego alkoholu. I istnieje we mnie silne, religijne wręcz przekonanie, że jednym z aromatów, które w owym arcymęskim katalogu już nie-arcyoczywistych odeurs de choix nie znalazłyby się – choćby katalog układał prominentny reinterpretator męskości, lubiący myśleć o sobie samym jak o „współczesnym dandysie” – jest aromat rozwianych kobiecych włosów. Elektryzujący zapach młodej kochanki w okolicznościach tak wiosennych i dziewczęcych, jak wiosenne i dziewczęce potrafią być tylko majowe popołudnia.

Dlaczego zatem, nosząc na sobie ubiegłoroczną premierę domu perfumeryjnego M. Micallef, czuję się z jednej strony pogodzony z moimi dość sztampowymi standardami męskości, z drugiej zaś nozdrzami duszy wciągam zapach tej samej upojnej chwili, która przed laty posłużyła mi za kanwę przywołanego fragmentu wiersza? Jak adresowane do mężczyzn Osaïto, tak odległe od wykreowanych w cywilizacji europejskiej mitów na temat męstwa – tak efemeryczne i wieloznaczne, tak delikatne i tajemnicze, że chciałoby się je poprosić do tańca – może nie tylko nie wzbudzać mojego sprzeciwu, ale nieomal sprawiać, bym z ukontentowaniem przeczesywał palcami brodę, wyraźnie dłuższą, gęstszą i ciemniejszą niż jeszcze kilkanaście minut temu, nim skóry za moimi uszami dotknęły pierwsze jego aromamolekuły?

Prawda na temat męstwa zaklęta w przypominającym fuleryt flakonie to prawda Dalekiego Wschodu. To prawda poety, filozofa, tancerza. Ronina wspinającego się z mozołem na stromy, zdradliwy klif, któremu nagły podmuch słonego wiatru pędzącego znad morskiej kipieli zerwał z głowy kapelusz. To prawda mnicha przeżywającego swoje największe oświecenie i prawda skąpanego w jedwabiach bon vivanta, który w pokoju pełnym kwiatów delektuje się importowanym szampanem oraz smakami cytrusowej sałatki owocowej. To prawda wirtuoza szarad i łamigłówek, dyskretnego, altruistycznego kochanka, tokijskiego arystokraty i niespokojnego obieżyświata. Nie znajdziecie tu oczywistości, toporności ani namacalności. Impresje, które odnajdziecie w tym zapachu – jak powiedziałby profesor Leszek Kołakowski – „wykraczają poza bezpośredniość”.

Poświęćmy jeszcze sekundę ręcznie zdobionemu flakonowi, zanim przejdziemy do walorów użytkowych Osaïto. Powiedziałem, że wzbudza on we mnie silne skojarzenie z fulerytem. Fuleryt jest to – podobnie jak diament albo grafit – odmiana alotropowa węgla, charakteryzująca się czterema interesującymi właściwościami. Będąc twardszym niż diamenty, pozbawiony jest on jednak, umożliwiającej uzyskanie gładkich płaszczyzn cięcia, struktury krystalicznej. Ponadto fuleryt jest lżejszy a także wytrzymalszy od stali. Mariaż nadzwyczajnej lekkości i twardości zdaje się szczególnie korespondować z charakterem Osaïto i konturować ten efemeryczny aspekt mężczyzny, który uwalniany jest po naciśnięciu atomizera. Flakon należy określić jako wyjątkowo udany.

Do udanych zaliczyć można też walory użytkowe perfum: projekcję oraz trwałość. Jeżeli ktoś oczekuje zapachu zwalającego z nóg z impetem szarżującego jelenia piżmowego albo perfum, które zaaplikowawszy raz, będzie dumnie rozsiewał dokoła dopóty, dopóki śmierć go z nimi nie rozłączy (naturalna bądź rezultująca ze spotkania z szarżującym jeleniem), to z pewnością poczuje ukłucie rozczarowania. Trzeba mieć jednak na uwadze, że Osaïto to perfumy zaprojektowane z myślą o cieplejszych porach roku. Jest pewną normą, że wiosenne i letnie zapachy komponowane są z akordów lekkich oraz zwiewnych, co zupełnie zrozumiałe – ciężkie, dłużej wybrzmiewające związki zapachowe mogłyby w warunkach wysokiej wilgotności i temperatury przyprawić użytkownika i otoczenie nie tylko o zmęczenie olfaktoryczne, ale wręcz o nagłe zmęczenie życiem i pragnienie orzeźwiającego rzucenia się na chodnik z balkonu piątego piętra. Jednak mimo swojej cytrusowo-kwiatowej natury Osaïto projektuje stosunkowo mocno, na odległość mniej więcej metra, przez słusznych sześć do siedmiu godzin, pozostając później zapachem bliskoskórnym, konturującym ciało do momentu, gdy po dziesięciu godzinach pozostanie z niego już tylko bardzo wdzięczne wspomnienie.

Osaïto to męskość nieoczywista. Męskość nieeuropejska. Męskość nie zachłystująca się swoją męskością, nie poszukująca oklasków, trofeów ani dowodów posiadania chromosomu Y – a mimo to jednak męskość stuprocentowa, choć skierowana do wewnątrz i nie migocząca stalą oręża, ale tak jak fuleryt albo szaruga pędzonych przez nieboskłon chmur owiana nimbem tajemnicy.

To także uroda wiosennego, majowego popołudnia i wiosennej, majowej dziewczyny na kilka elektryzujących – tak bardzo to słowo rezonuje z pierwszym kwadransem brzmienia zapachu – chwil przed przetoczeniem się wiosennej, majowej burzy i wciągnięciem w płuca wiosennego, majowego ozonu. Wiosenna, majowa burza. Taki w istocie jest ten pierwszy kwadrans – pachnący szeroko, przestrzennie, wietrznie, orzeźwiająco. Niemal czuć jak dowcipnie łaskocze mózg, jak ożywczo musuje na duszy.

Później robi się dostojniej. Na brzegach zapachu unosi się bardzo odległa sugestia szypru, co można zapewne przypisać lepszemu wybrzmieniu akordów serca Osaïto – mirtu i nieśmiertelnika – a także oczywistszej ekspozycji piżma. Nie ma się jednak co łudzić, licząc na nagłą woltę w kierunku tejże rodziny zapachowej – i dębowego mchu, i labdanum w opisywanej kompozycji szukać próżno.

Caspar David Friedrich „Der Wanderer über dem Nebelmeer”

Osaïto – jak powiadają twórcy – stanowi drugą część poświęconego mężczyźnie tryptyku. Tryptyku wyobrażającego pielgrzymkę ku źródłom, poszukiwanie sensu jego istnienia, odpowiedzi na pytanie o tożsamość męstwa we współczesnym świecie. Po zaskakującej, brutalnej, dzikiej, wetiwerowo-kakaowo-limonkowej i na wskroś afrykańskiej Akowie, mającej stanowić nasz – a mówię tu o nas, mężczyznach – pierwszy krok w wędrówce, jaką powzięliśmy przed tysiącami lat, o brzasku prehistorii, kiedy bramę Edenu nieomal na powrót rozwarł potężny, zwierzęcy, przepełniony żałością ryk, skazanego na swoją katorgę Adama, Osaïto stanowi jeden z miliarda następnych kroków, a chciałoby się powiedzieć – łopotów skrzydeł w przestworzach, tak mocno te wietrzne, nienazwane akordy cytryn, kwiatów i oceanu, zwracają nasz wzrok ku firmamentowi. Być może Osaïto ma wyobrażać pauzę (żeby nie powiedzieć interludium), oddech, chwilę wytchnienia i chwilę dla wznioślejszych tęsknot męskiego ducha a contrario do skoncentrowanej na fizyczności Akowie. Rok Pański 2017. przyniesie nam trzecią, wieńczącą podróż premierę domu M. Micallef. Geoffrey Nejman obiecuje – i chyba możemy mu wierzyć na słowo – że będzie ona dla nas stanowiła niemałe zaskoczenie.

Autor: Maciej Dojnik

Źródła grafik:

GRAFIKA 1. https://i.ytimg.com/vi/5v2ZBGAI3SE/maxresdefault.jpg

GRAFIKA 2. https://lh3.googleusercontent.com/-g8AJqfB_9ms/VysARPPMF7I/AAAAAAAABOs/xSSag7Siur8uYtJx0weQ9eNA_wdwMdpGw/w2048-h1459/OSAITO%2BBOTTLE.jpg 

GRAFIKA 3. https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/b/b9/Caspar_David_Friedrich_-_Wanderer_above_the_sea_of_fog.jpg/800px-Caspar_David_Friedrich_-_Wanderer_above_the_sea_of_fog.jpg

  • andrzej malkowski

    Coś okropnego, nie da się tego czytać

  • Wiktor Bonderek

    Coś pięknego, przeczytałem z ogromną przyjemnością.

  • Jakub

    Napisane w niezwykle pretensjonalny, męczący sposób. Autor wyraźnie bawi się w Joyce’a, czy Schultza. Z marnym skutkiem…
    Skrajnie nierzeczowe, niezwykły przerost formy nad treścią. Posługując się, z pewnością uwielbianymi przez autora, literackimi aluzjami, jest to namiastka ‚czystej formy’. Nieudolna

  • Jakub Bednarek

    Z niecierpliwością czekam na kolejne recenzje tego autora.

  • Anastazja

    Wow. Po prostu wow. Zwykla recenzja a czytam ja juz po raz trzeci i nie moge sie nacieszyc, bo wciaga jak doskonala ksiazka. Czekam z niecierpliwoscia na wiecej!

  • Pingback: Zapraszamy do współpracy! – The Elegance of...()